czwartek, 5 listopada 2009

A w domu jak zawsze zimno.

Mieszkam w dwóch miejscach na raz.
Bardzo dobrze czuję się w Krakowie, odnalazłam się i jestem u siebie. Jednak podczas pobytu w domu, gdzie nic się nie zmienia od lat, uświadomiło mi jak mocno należę do tamtych miejsc.
Znowu było zimno, problemy od zawsze podobne, dyskusje na tematy poruszane już po kilka razy. Chociaż czasem, przy wódce (jak to na wschodzie bywa), można było poznać coś nowego, zobaczyć nową twarz. Dobrze znaną, a nową.
Tak zostaliśmy wychowani, my młodzi, ażeby być twardymi. W razie problemów zawsze mięliśmy sobie sami z nimi radzić. Jak ktoś z nas nie dawał rady, załamywał się, to był mobilizowany/zmuszany do kolejnych prób. I wszystkim nam się udawało, wszyscy wyrośliśmy na silnych, radzących sobie samodzielnie w życiu ludzi. Ale w jakiś sposób w domu było zawsze zimno, dalej jest. Myślałam, że tylko ja jestem tą, która odczuwa brak tego Czegoś ze strony ojca, ale nie. Nowa twarz uświadomiła mi, że my wszyscy jesteśmy tacy bo musimy, tak nas wychowano. Ale wszystkim nam brakuje ciepła.